Jesteśmy na szczycie! 35 lat temu Polacy zdobyli zimą Everest

17 lutego 1980 Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki padli sobie w objęcia. Była 14.30, zrzucili plecaki, odłączyli butle tlenowe. Przez radiotelefon Leszek Cichy nadał komunikat do bazy: „- Halo, baza!, Halo, Andrzej! Czy nas słyszycie? – Tak, gdzie jesteście?...Halo, halo! (cisza) – Jesteśmy na szczycie!” W bazie wielka radość - „Zwycięstwo, rekord pobity!” Mount Everest zdobyty po raz pierwszy zimą.

Zimowa wyprawa na najwyższy szczyt świata była trudna. Do połowy stycznia himalaistom udało się założyć trzy obozy do wysokości 7150 m n.p.m.,  rozbicie czwartego na tak zwanej Przełęczy Południowej było skomplikowane. Załamała się pogoda, wiał przeraźliwy wiatr, odsłaniał żywy lód. Himalaiści walczyli tam prawie miesiąc, część zespołu się wykruszyła. 23 stycznia pierwszą próbę ataku podjęli: Holnicki, Wielicki, Cichy, Heinrich, niestety nieudaną. Dwa dni później do przełęczy próbowali dojść Pawlikowski i Żurek, wiatr jednak był tak silny, że porwał wspinającego się po poręczówkach Żurka, oderwał go i rzucił 20 metrów w dół. Ranny wrócił do obozu, potem ze względu na obrażenia został wysłany do kraju.

10 lutego przełęcz atakowali Heinrich i Lwow, wiatr nadal był bardzo silny. Postanowili wracać. Lwow został wycofany z dalszych działań, bo poważnie odmroził ręce. Dzień później przełęcz znowu szturmowało kilka osób. Tym razem Cichemu, Fiutowi, Holnickiemu i Wielickiemu udało się   przejść przez tak zwaną Żółtą Wstęgę – pas żółtych skał przecinających cały masyw Everestu. Warunki były nieznośne, walczyli z wichurą, temperatura w namiocie, który musieli trzymać rękami, wynosiła minus 40 st. C. Przetrwali noc, ale o odpoczynku nie było mowy.

Następnego dnia wyczerpani postanowili zejść do obozu III. Wielicki z odmrożonymi stopami zdecydował się zejść do obozu II. Całą ekipę ogarniała coraz większa apatia, wszystkich dopadało zwątpienie. Andrzej Zawada (kierownik wyprawy), by zmobilizować młodych wspinaczy razem z Ryszardem Szafirskim postanowili zaatakować jeszcze raz Przełęcz Południową. „Andrzej zakładaj raki i zapierdalamy do góry. Jeśli oni nie mogą, to dziadki wejdą na Everest” – tak Szafirski po latach wspominał swoją rozmowę z Zawadą. Kiedy byli już na Przełęczy nadali do bazy komunikat, że czują się dobrze i następnego dnia będą iść dalej. „A przecież nie było szans iść dalej, Zawada leżał oklapnięty, ja próbowałem wejść 150 metrów wyżej. Ale wiara się ruszyła!” – mówił Szafirski. Kiedy udało im się zejść do obozu III spotkali tam już Cichego i Wielickiego.

6 lutego „młodzi” ruszyli. Przenocowali na Przełęczy. Wielicki wchodził z bólem, odmrożone stopy dawały o sobie znać. Dzień później o 6.45 wyszli atakować szczyt. Mieli ze sobą po jednej butli tlenu. Po siedmiu godzinach byli na szczycie, Wielicki próbował  zrobić zdjęcie Cichemu, ale w momencie zamarzła migawka aparatu. Chwila radości, spełnienia, potem najważniejsze,  komunikat do bazy -„Jesteśmy na szczycie!” Zanim zeszli zawiesili polską flagę, krzyżyk od matki Stanisława Lattały, który zginął na Lhotse,  ukryli też w schowku kartkę „Polish Winter Expedition”. W  bazie zapanowała wielka radość. Kiedy Wielicki i Cichy zeszli 19 lutego ekipa Andrzeja Zawady witała ich szampanem. Była uroczysta kolacja, na stole pojawiły się dwa torty z napisami - Everest Krzyś, Everest Leszek. Polski Związek Alpinizmu został „zasypany” depeszami z całego świata.  Napisał nawet papież Jan Paweł II. Gratulował rodakom sukcesu!