„Matka doznała szoku, gdy mnie zobaczyła”
 

„Pytała lekarzy, dlaczego się taki urodziłem, ale wszyscy wtedy milczeli. Dopiero po latach dowiedziałem się, że moją fokomelię spowodował Talidomid - lek na nudności, który moja mama zażywała w ciąży”. Koncern farmaceutyczny Grünenthal przez blisko pięćdziesiąt lat próbował zataić prawdę o toksycznym działaniu tego leku obawiając się o swoją reputację, kalkulując, ile będzie musiał w przyszłości zapłacić „ofiarom Talidomidu”. Adam Żurawski jest pierwszym Polakiem, który walczy o odszkodowanie. Nam opowiada, jak przez lata wyglądało jego życie.

 

Jakie było pana dzieciństwo?

Adam Żurawski: Trudne. Nie da się opisać, ile wycierpiałem przez lata. Nic tego już nie zmieni, żadne odszkodowanie. Takich rzeczy nie da się po prostu przeliczyć na pieniądze. Najgorsze dla mnie było odrzucenie przez rodziców. Sami byli niepełnosprawni, głuchoniemi, a zaraz po urodzeniu, zaledwie dwa miesiące po porodzie, oddali mnie do domu dziecka, jak psa. Po pięciu latach babcia, matka ojca, powiedziała moim rodzicom: „Musicie zabrać Adama do domu. Tak nie może być. Macie Pawła, kochacie go, bo urodził się zdrowy, a Adama się pozbyliście. On też ma prawo wychowywać się w rodzinnym domu, żyć normalnie”.  I dzięki babci wróciłem do domu, ale nie na długo.
 
Rodzice będąc niepełnoprawnymi bali się, że sobie nie poradzą? Nie będą się panem dobrze opiekować?
 
Tak napisali w piśmie, kiedy załatwiali dla mnie dom dziecka. Nie rozumiem ich decyzji. Sami przecież nie byli zdrowi, rozumieli czym jest niepełnosprawność, jakie niesie ze sobą ograniczenia, jak ludzie reagują na inność, wiedzieli, że takie dziecko potrzebuje dużo miłości.
 
Kiedy pana zabrali do domu?
 
Jak miałem pięć lat. To był dla mnie szok. Wszystko dziwne, nowe. Matkę i ojca kojarzyłem, bo parę razy przez te wszystkie lata odwiedzili mnie w domu dziecka, wpadali tak na chwilę. Robili mi zdjęcia, bawili się ze mną. Stwarzali takie pozory, że mnie całkowicie nie porzucili. Tęskniłem za nimi bardzo. I miałem żal już wtedy, jako mały dzieciak, że mnie tam zostawiają.
 
Próbowali panu potem w domu miłością, troską wynagrodzić ten stracony czas?
 
Nie. Wręcz przeciwnie. Mama zamykała mnie w mieszkaniu. W jej środowisku długo nikt się nie zorientował, że ma dwóch synów. Chodziłem do przedszkola, bawiłem się na podwórku, ale rodzice nigdzie mnie nie zabierali. Myślę, że się mnie wstydzili. Zależało im, by  jak najdłużej utrzymać przed otoczeniem w tajemnicy, że jestem dziwny, że mam takie ręce. Mama krzywdziła mnie też psychicznie. Ale nie chcę o tym opowiadać. Po dwóch latach trafiłem do Ośrodka Szkolno -Wychowawczego dla Dzieci Niepełnosprawnych w Policach.
 
Jak pan wspomina szkołę?
 
Świetni byli tam wychowawcy i rehabilitanci. Uczyli nas samodzielności, przygotowywali do życia. Miałem siedem lat i nie potrafiłem niczego sam zrobić. Nikt mnie niczego wcześniej nie uczył. Nie umiałem sobie kromki chleba posmarować masłem, zawiązać sznurówek. Tam powoli zacząłem się uczyć, trenować ręce, jakoś sobie radzić. I pojawił się sport – pływanie, narty, rower. A potem tak na poważnie trenowałem tenis stołowy, byłem w lidze dla osób niepełnosprawnych, osiem lat w reprezentacji Polski. Odnosiłem sukcesy na Mistrzostwach Świata, Europy. Rekreacyjnie gram do dziś. Sport mnie zahartował. Zrozumiałem, że nie można się rozklejać, płakać nad swoim losem, trzeba mierzyć się z życiem. Wiedziałem, że jestem inny i że nic już tego nie zmieni. Zanim dzieci mnie zaakceptowały, dokuczały mi, śmiały się ze mnie. I to się zaczęło już w przedszkolu.
 
Rozmawiał pan z matką o swojej niepełnosprawności?
 
Wracałem do domu i siłą rzeczy pytałem ją dlaczego inne dzieci mają normalne ręce, a ja nie. Ona mi jakoś to tłumaczyła. A potem, kiedy byłem starszy powiedziała, że lekarz, który prowadził jej ciążę dał jej lek, który miał łagodzić nudności. Po moich narodzinach  - wiem to z relacji babci - matka doznała szoku. Pytała lekarzy, co jest przyczyną mojej niepełnosprawności, ale niczego się nie dowiedziała. Zaczęła podejrzewać coś, kiedy urodziła mojego brata. Nie brała wtedy żadnych leków i on urodził się zupełnie zdrowy. Pewność, co do przyczyny uszkodzenia moich rąk dały jednak dopiero po latach badania genetyczne, bo wtedy nie można było przecież tak jednoznacznie wykluczyć, że nie jestem obciążony jakąś wadą genetyczną po prostu.
 
Kiedy miałem jedenaście lat, rodzicom ktoś doradził, że operacja może być dla mnie szansą. Pierwsza była nieudana. Lekarze podjęli decyzję, że zrobią drugą, przyszyli mi palec w innym miejscu tak, by wytworzyć coś w rodzaju kciuka. A potem była jeszcze trzecia operacja,  przeprowadzona bez zgody rodziców, chirurdzy chcieli poprawić funkcjonalność tego kciuka. Pół roku byłem w szpitalu i nie było żadnych rezultatów leczenia. Do dziś ten kciuk jest niefunkcjonalny. Natura okazała się silniejsza.
 
Czuł się pan dyskryminowany jako dorastający chłopak?
 
Na każdym kroku. W sklepie, na ulicy, zawsze ktoś mnie wytykał palcami. Wiele razy słyszałem: „O zobacz jakie on ma ręce”, „Kaleka idzie”.  To mnie dołowało, starałem jakoś zakrywać ręce, nosiłem swetry, kurtki. Było mi przykro, kiedy ludzie ze mnie kpili, gapili się na mnie, szeptali coś, ale też strasznie mnie denerwowała taka litość, chęć niesienia na siłę pomocy, czy tego chcę, czy nie. To mi przeszkadzało i jeszcze bardziej przypominało o mojej chorobie, o tym, że jestem gorszy. Wszystko się zmieniło, kiedy się zakochałem. Moja dziewczyna mnie przekonała, żebym się z moją chorobą nie ukrywał, normalnie chodził po ulicach. Tłumaczyła mi, że z czasem przestanę wciąż się porównywać z innymi zdrowymi chłopakami, przestanę zwracać uwagę, co mówią na mój widok. Pokochała mnie takim, jakim byłem. I wtedy pogodziłem się ze swoim ciałem, przestałem czuć się gorszy od moich rówieśników.
 
Wrócił pan do domu po skończeniu szkoły?
 
Nie miałem do czego wracać. Moja matka z bratem wyjechała do USA, potem dołączył do nich ojciec. Miałem wtedy czternaście lat. Powiedzieli mi, że jadą na wczasy do Kudowy - Zdroju. A tak naprawdę zostawili mnie po raz drugi.

Cały tekst: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/matka-doznala-szoku-gdy-mnie-zobaczyla/kj...