Odnaleziony dom Goebbelsa

Postęp i higiena. Ładne słowa. Wpisujące się w ideę modernizmu. A wykorzystane zostały bezwzględnie w systemach totalitarnych. Wystawa - esej Andy Rottenberg pokazuje pułapki budowania nowego, doskonałego świata. W Zachęcie do 15.02

Anda Rottenberg inspirowała się wydaną kilka lat temu książką „Higieniści” Macieja Zaremby.  W Szwecji uchodzącej za wzór demokracji, aż do lat 70. władze dzieliły swoich obywateli na zdrowych i pożytecznych, a także takich, którzy nie są w pełni wartościowi. Tych drugich przymusowo sterylizowano. Ale nie tylko temat eugeniki był dla Rottenberg ważny, a wszystkie praktyki higieniczne, silnie związane z postępem, co doprowadziło w końcu do Holocaustu.

Najciekawsze dla niej było pokazanie poprzez sztukę, jak zjawiska pozytywne, mogą się zdegenerować. Postęp i higiena, to przecież hasła lansowane w XIX wieku przez naukowców, filozofów. Miały zmieniać świat na lepsze. Elementarna idea czystości, dbania o higienę w związku z prowadzonymi badaniami nad chorobami, wykrywaniem bakterii, stała się hasłem obowiązującym. Ale z czasem pojęcie czystości przerodziło się w niebezpieczną obsesję.

W języku pojawiło się też szybko pojęcie zdrowia publicznego. Człowiek zaczął być wnikliwie badany przez antropologów, próbowano definiować rozmaite rasy. Do języka wdarły się nowe pojęcia: higiena rasy, ciało społeczne, wreszcie ciało narodu. Można było je poddawać manipulacji. Od opozycji zdrowe - chore było już bardzo blisko do selekcji, eutanazji, sterylizacji, czy próby produkowania ludzi czysto rasowych. Wykluczenie „Innego” stało się sposobem myślenia o nowoczesnym, zdrowym społeczeństwie.

 

W Zachęcie można zobaczyć dwadzieścia prac, wszystkie silnie korespondują z archiwalnymi dokumentami, filmami, fotografiami, na przykład fotosami z filmów Leni Riefenstahl. Jej film „Z Olimpiady” pokazywał zmagania sportowców podczas igrzysk olimpijskich w 1936 roku. Choć reżyserka twierdziła, że to jej autorska wizja artystyczna, pomysł na zrobienie filmu podsunął jej Hitler. Niemieccy sportowcy portretowani w glorii chwały, jak modele, mieli być świadectwem, że rasa aryjska to wybrańcy.

„Szklany człowiek” ucieleśnia ideę stworzenia nadczłowieka. Prototyp powstał w 1927 roku w Muzeum Higieny w Dreźnie. „Do 1990 roku w zakładach Niemieckiego Muzeum Higieny w Dreźnie i Niemieckiego Muzeum Zdrowia w Kolonii wytworzono około dwieście takich figur. Używano ich, jako pomocy w edukacji zdrowotnej i eksponatów na różnego rodzaju wystawach; stanowiły niemiecką markę wysokiej klasy, która przetrwała trzy kolejne reżimy polityczne” - czytamy w katalogu wystawy.

 

„Żydowski szkielet” Ereza Israeli jest wykonany z papieru, z zestawu „zrób to sam”. Rysunek „Die Wiedergutmachung” Luca Tuymansa, dotyka tematu prześladowań różnych grup etnicznych w obozach, gdzie zamordowano tysiące Romów. Wybierano ich do eksperymentów medycznych. Mengele szczególnie upodobał sobie bliźnięta, karły. Praca polskiej artystki Zuzy Ziółkowskiej „Kraniometr”, to narzędzie z ok. 1920 roku służące do pomiaru ludzkiej czaszki. Badano nim cechy danej rasy. Wyniki tych badań posłużyły eugenice.

Część artystów, między innymi Yael Bartany, Ahlam Shibli, czy Pablo Sigga mierzyła się z tematem szukając znacznie szerszego kontekstu, opowiadając swoimi pracami o wykluczeniu, konfliktach między narodami, dotykając tematu tożsamości, rasizmu.

Jan Fabre, słynny artysta belgijski pokazuje na wystawie cykl obrazów. „Reklama Sabeny” przypomina plakaty z lat pięćdziesiątych reklamujące loty między Brukselą i Léopoldville. Była na nich twarz uszczęśliwionej białej kobiety lub surowa postać czarnego mężczyzny spoglądającego w górę na samolot Sabeny. Wszystkie obrazy z tego cyklu wykonane zostały przez artystę z chrząszczy, które żyją na terenie dawnego belgijskiego Konga, w Malezji i Indonezji. To jego osobista wypowiedź na temat postępowania Belgów w kolonii, którzy mieszkańcom Konga obcinali palce, a kobietom piersi, jeśli nie dostarczali wystarczającej ilości diamentów i kauczuku.

 

„146 Women” Santiago Sierry,  to z kolei projekt zrealizowany w Indiach. W katalogu czytamy - „To seria 146 czarno-białych portretów owdowiałych kobiet. Zostały one sfotografowane w Vindrabanie znanym jako miasto wdów. Ponieważ kobiety w Indiach nie mają prawa do zawarcia drugiego małżeństwa, wiele z nich po śmierci mężów przeprowadza się do Vindrabanu. Tam żyją w nędzy, śpiewając lub żebrząc na ulicach; dostają tylko kubek herbaty i kromkę chleba dwa razy dziennie”.

Niezwykle ciekawe są prace związane z osobistymi wątkami artystów. Ciotka Gerharda Richtera, Marianne Schönfelder, w wieku 19 lat została zdiagnozowana, jako niezrównoważona psychicznie i umieszczona w drezdeńskim szpitalu psychiatrycznym. Tam poddano ją sterylizacji, a pod koniec wojny została zamordowana w ramach Aktion T4. Był to program eutanazji realizowany przez Trzecią Rzeszę w latach 1939-44 polegający na „eliminacji życia niewartego życia”. Po latach artysta odkrył, że inny członek jego rodziny, teść Heinrich Eufinger był członkiem SS, ordynatorem i ginekologiem szpitala, odpowiadał za śmierć swoich pacjentów, w tym śmierć jego ciotki.

Richter, kiedy portretował swojego teścia, nie był jeszcze świadomy jego przeszłości. Na pracę składają się obrazy: „Tante Marianne”-  portrety, kiedy miała 14 lat i kiedy była niemowlęciem, portrety teścia artysty, a także innego niemieckiego psychiatry, który brał udział w akcji T4. W Zachęcie można zobaczyć trzecią część pracy Richtera, gdzie rejestruje na podstawie zdjęcia z gazety moment, w którym na policję zgłasza się Werner Heyde, psychiatra, który brał udział w programie T4.

„Po zakończeniu wojny Werner Heyde został internowany i uwięziony, jednak w 1947 roku zbiegł. Jako doktor Fritz Sawade rozpoczął praktykę neurologiczną we Flensburgu, którą prowadził bez przeszkód do 1959 roku, wtedy w wyniku sprzeczki wyszła na jaw jego tożsamość. Heyde oddał się do dyspozycji władz w listopadzie 1959 roku. W roku 1964 popełnił samobójstwo, nie doczekawszy procesu” - czytamy w katalogu wystawy.

Bardzo ciekawa jest druga wystawa „Unsubscribe” Gregora Schneidera. Artysta pokazuje gruz z domu Goebbelsa, w którym architekt propagandy III Rzeszy się urodził. Schneider kupił tę nieruchomość. Anda Rottenberg spotkała artystę w czasie, kiedy podpisał umowę kupna domu w Rheydt. Złożył jej wtedy  propozycję, by w przyszłości, była kuratorką jego projektu związanego z tym domem.

Historię tego domu Schneider odkrył już w 2000 roku. W Rheydt były jeszcze dwa inne domy Goebbelsa, już znane. Jeden do tej pory jest miejscem kultu neonazistów. Artysta był przekonany, że o trzecim domu nikt nie wie, że odkrywa tajemnicę. On sam urodził się, jak się okazało jakieś 150 m od niego. Dom został wystawiony na sprzedaż przez jedną z agencji nieruchomości, z opisem: „Jednorodzinny, przytulny, wymagający niewielkiego remontu”. Artysta chciał kupić go z całym wyposażeniem, to się nie udało, bo właściciele część rzeczy zabrali. Schneiderowi udało się zrobić wcześniej wyczerpującą dokumentację fotograficzną.

Miał plan, by ten dom zburzyć, a gruz załadować na ciężarówki i jeździć z nim po Niemczech, potem przyjechać do Zachęty. Zburzenie domu okazało się jednak niemożliwe. Groziło katastrofą budowlaną, bo jego ściany były połączone z drugą kamienicą. Co ciekawe, Schneider już po zakupie domu, kiedy próbował go zrekonstruować, po inwentaryzacji odkrył, że mieszkał tam później człowiek, który też był nazistą. Zaczął szukać w tym domu jakichś szczególnych cech, które „wyprodukowały” Goebbelsa, takim jakim potem został. Niczego nie znalazł. Dom okazał się banalny. Zwykły. Niczym szczególnym się nie wyróżniał, ale został zarażony nazizmem. Artysta zadaje pytania: Ile jest jeszcze takich domów? Gdzie, to zło jest uśpione? Potwierdza też tezę H. Arendt o banalności zła.

Ostatecznie Schneider zburzył to, co mógł. „Wypruł” z domu Goebbelsa wszystko, do gołych ścian. Kiedy przeprowadzał swoją akcję na miejscu pojawiło się kilka ekip telewizyjnych, przyszli dziennikarze z gazet. I wtedy też okazało się, że całe miasto widziało. Artysta wywołał temat, który dla wszystkich był już zamknięty. Także dla  wielu instytucji niemieckiej kultury. Ich dyrektorzy twierdzili, że jego praca nie ma znaczenia, a temat już dawno jest przepracowany i wyeksploatowany.

Wystawa G. Schneidera w Zachęcie do 01.02

Wszystkie fotografie pochodzą z  Narodowej Galerii Sztuki Zachęta