Wielkie nadzieje... i wielcy przegrani

Dla Amerykanów nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Dla reszty filmowego świata, która co roku walczy w Hollywood o Oscara – kategoria film nieanglojęzyczny – jest najważniejsza. Przez pierwszych 29 edycji ceremonii rozdawania Oscarów nie istniała taka nagroda. Filmom nieanglojęzycznym były przyznawane tylko honorowe wyróżnienia. Wszystko zmieniło się w 1954 roku. Oscara w ustanowionej przez Akademię nowej kategorii dostała „La Strada” Federico Felliniego. Wiele razy o statuetkę walczyły też filmy polskie. Mieliśmy dużo nominacji… i zawiedzionych nadziei.

Przegrać z takim przeciwnikiem - to nie wstyd!

Pierwszy polski film, który walczył o Oscara w kategorii film nieanglojęzyczny to „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Podczas gali w 1964 roku triumfował jednak Fellini z „Osiem i pół”. Obraz Polańskiego był niezwykły, za żelazną kurtyną powstał film nowatorski, odmienny od wszystkich innych, z ducha europejski. Psychologiczne kino ze świetnymi zdjęciami Jerzego Lipmana. Historia rozgrywała się w czasie jednej doby – od świtu do świtu. Dziennikarz z żoną jadąc nad jezioro zabiera przypadkowego autostopowicza. Zaproszony przez nich młody chłopak wypływa z nimi w rejs. Na jachcie, który staje się miejscem dramatu dochodzi do próby sił. Nie tylko niebanalny scenariusz przyczynił się do międzynarodowego sukcesu „Noża w wodzie”. Trójkowa kompozycja kadrów, zdjęcia robione w zastanym świetle, muzyka Krzysztofa Komedy – wszystko to sprawiło, że obraz Polańskiego do dziś uznawany jest za jeden z najważniejszych filmów w polskiej kinematografii. Polański „poległ”, ale rywal był przecież fantastyczny. „Osiem i pół” był nominowany w aż pięciu kategoriach. Nagrodę dostał za kostiumy, okazał się też najlepszym filmem nieanglojęzycznym. „Kiedy ogłoszono, że Oscara otrzymuje "Osiem i pół", Giulietta zaczęła płakać, a Fellini pognał na podium. Biłem głośno brawo razem z innymi. Gdzieś głęboko czułem może cień żalu, ale jednocześnie rodzaj dumy: przegrać z takim przeciwnikiem - to nie wstyd!” – pisał w swoje autobiografii „Roman” reżyser. Po otrzymaniu nominacji Polański dostał propozycję wyreżyserowania amerykańskiej wersji „Noża…”, jednak, co wielu wprawiło w osłupienie, odrzucił ją. Ludzie z branży mówili mu, że zmarnował jedyną, niepowtarzalną szansę. Polański nie chciał jednak niszczyć filmu, remake przewidywał zmiany w scenariuszu. Ta decyzja niczego nie zmieniła, Polański był skazany na sukces. A jego amerykański sen  wkrótce miał się ziścić.

Ja jestem faraonem. Jak ja będę czuł tę sprawę w filmie, to musi mi się udać

Jerzy Kawalerowicz chciał się zmierzyć z „Faraonem” z dwóch powodów: uważał, że temat panowania nad światem, pragnienia władzy, jeden z tych fundamentalnych tematów kina, wciąż może być inspirujący, a sama konwencja filmu historycznego nie musi być tradycyjna, nie musi posługiwać się wciąż tym samym schematem, może ten schemat łamać. Takie myślenie o kinie gatunkowym sprawiło, że reżyser w pełni zaufał swojej intuicji, poczuciu piękna, estetyki. I stworzył film imponujący. Obraz oszczędny, ale jakże wyrafinowany. Kadry w „Faraonie” są precyzyjnie zakomponowane, a tak popularne w filmach historycznych rekwizyty zostały tu mocno zredukowane. Szczególna była też jego praca z aktorami. Kawalerowicz kazał im wyeliminować wszystkie odruchy współczesnego człowieka związane z życiem potocznym. Gesty, mimika, ruchy – wszystko było umowne, stylizowane. Wspominał – „Pracując z aktorami myślałem w ten sposób: ja jestem faraonem. Jak ja będę czuł tę sprawę w filmie, to musi mi się udać”.  Praca reżysera i Jerzego Wójcika, autora zdjęć (a także operatorów kamer – Wiesława Zdorta i Witolda Sobcińskiego) została na planie podporządkowana trzem kategoriom – czystości, piękna, subtelności. „Ten film był przede wszystkim kontrpropozycją dla hollywoodzkich supergigantów, podających błahą anegdotę w oszałamiającej bogactwem oprawie scenograficznej i gwiazdorskiej obsadzie”- wyjaśniał Jerzy Kawalerowicz w jednym z wywiadów. „Faraon” przy całej swej surowości jest obrazem złożonym z kadrów niezwykle plastycznych, każdy z nich mógłby być oddzielnym, malarskim płótnem. Film został zauważony na świecie. Konkurował z innymi bardzo dobrymi filmami, były to między innymi „Cienie zapomnianych przodków” S. Paradżanowa, „Falstaff” O. Wellesa, „Kto się boi Wirginii Woolf” M. Nicholsa, czy „Pociągi pod specjalnym nadzorem” J. Mencla. Na fali sukcesów europejskich „Faraon” został zauważony także w Stanach Zjednoczonych, w 1967 roku dostał nominację do Oscara. Oczekiwania, nadzieje, że tym razem musi się udać były wielkie. Werdykt okazał się jednak pomyślny dla filmu „Kobieta i mężczyzna” Claude Leloucha i do niego trafiła statuetka. Wielu znawców kina, sławnych reżyserów, do dziś uważa tę decyzję za niesprawiedliwą. Inni wciąż twierdzą, że zwyciężył po prostu lepszy film. Obraz Leloucha był kameralny. Niezapomniane kreacje dla tej miłosnej opowieści stworzyli Anouk Aimée i Jean- Louis Trintignant. Reżyser pozwolił aktorom w najważniejszych dramaturgicznie sytuacjach swobodnie improwizować, nie ograniczało się to tylko do mowy ciała, gestów, ale też do spontanicznych, nowych dialogów. To okazało się siłą tego filmu, sprawiło, że zyskał on niezwykłą subtelność, naturalność, swobodny rytm scen. Tym Lelouch uwiódł widzów na całym świecie.

Polacy promocją „Potopu” nie byli zainteresowani wcale

W 1974 roku na ekrany polskich kin trafił „Potop” Jerzego Hoffmana. Film obejrzało 27 milinów widzów w Polsce. Część widowni przyjęła go z entuzjazmem, byli też tacy, których przepych realizacyjny, rozmach z jakim został zrobiony, nie przekonywał do końca, zarzucali adaptacji pominięcie istotnych wątków powieści, osnucie całości fabuły tylko wokół postaci Andrzeja Kmicica. Film składa się z dwóch części, jego akcja toczy się podczas najazdu szwedzkiego na Rzeczpospolitą Obojga Narodów w 1656 -1660 roku. Niektóre wątki, a także sceny batalistyczne zostały celowo pominięte w scenariuszu, nie udałoby się ich zrealizować. Gdyby reżyser zdecydował się na wierną adaptację film musiałby trwać jakieś 20 godzin. Hoffman od dziecka uwielbiał książki historyczne. „Trylogię” Sienkiewicza dostał od ojca. Zaczytywał się w niej bez końca, jak sam mówił po latach mógłby śmiało brać udział w quizach poświęconych Sienkiewiczowi, bo „Trylogię” znał na pamięć. Wybór ekranizacji sienkiewiczowskich powieści w jego życiu zawodowym był czymś oczywistym. Pracę nad scenariuszem, razem z historykiem Adamem Kerstenem, rozpoczął w 1969 roku. Kiedy scenariusz był gotowy, wszyscy wiedzieli, że będzie to wielkie przedsięwzięcie. Budżet filmu wynosił 100 milionów starych złotych, zaplanowano 535 dni zdjęciowych, zaangażowano siedemdziesięciu aktorów pierwszoplanowych, sześciuset drugoplanowych i aż czterdzieści tysięcy statystów. Do tego musiało powstać ogromne zaplecze scenograficzne, wykorzystywano ogromną ilość kostiumów – krawcy uszyli ich aż dwadzieścia trzy tysiące, na planie była niezliczona ilość rekwizytów i broni. Film powstawał w Polsce, w ZSRR. Większość scen batalistycznych kręcono pod Kijowem. Pośród wielu skomplikowanych realizacyjnie scen, jedną z tych, która przeszła do historii polskiego kina, jest pojedynek Wołodyjowskiego z Kmicicem. „Mieliśmy specjalistów od fechtunku i znakomitych aktorów, ale to wszystko było za mało. Zaproponowałem deszcz. Jeżeli bierze się pod uwagę pracę całej ekipy, jest to propozycja zabójcza. Kilkadziesiąt osób codziennie przemoczonych do suchej nitki. Następnego dnia rano trzeba wszystkich ubrać w suche rzeczy. Niezbędne są podwójne kostiumy, suszarnie… Jeżeli to wszystko powtarza się przez dwa tygodnie, to wysiłek jest przeogromny. Żeby utrzymać zawiesinę deszczu na dużej przestrzeni trzeba było mieć odpowiednią liczbę motopomp i jezioro wody” – opowiadał Jerzy Wójcik w książce „Labirynt światła”. Ukoronowaniem wielu miesięcy ciężkiej pracy całej ekipy były „Złote Lwy” dla „Potopu”, po raz pierwszy przyznawane na Festiwalu Polskich Fabularnych i nominacja do Oscara. Władze polskie nie były jednak zainteresowane, by promować film. O „Potopie” w Hollywood wiele mówił Polak Bronisław Kaper - laureat Oscara z 1954 za muzykę do filmu „Lili”. Zakochany w filmie Hoffmana, zrobił wszystko, by Amerykanie zwrócili na niego uwagę, gdyby nie Kaper film w ogóle nie byłby zgłoszony do Oscara. Rozgłos w Stanach film zyskał też dzięki Arturowi Rubinsteinowi. Pianista był wielkim fanem „Trylogii”, kiedy dowiedział się, że film jest w Stanach, odwołał swój koncert w Nowym Jorku, by go zobaczyć. Lepszej promocji nie trzeba było, powód odwołania koncertu stał się sensacją w Hollywood. „Rubinstein mnie przedstawił przed pokazem. Był tak przejęty, że zaczął mówić po polsku, na co jego żona krzyknęła z sali: »Idioto, oni cię nie rozumieją«, a Rubinstein na to: »To niech się uczą polskiego«. Pokazały to wszystkie amerykańskie stacje telewizyjne. Po projekcji, owacja!” – wspominał po latach reżyser. Wśród rywali w wyścigu do Oscara Hoffman miał zmierzyć się z uwielbianym w Hollywood Fellinim. Jego „Amarcord”- opowieść o małej mieścinie nad morzem, w której życie jest mocno związane z naturą i tradycją, i toczy się nieco ospale, w bardzo powtarzalnym rytmie – został uznany w Stanach za najlepszy film Felliniego. Bukmacherzy od początku obstawiali, że to właśnie on dostanie Oscara. I tak się stało.

Nie widziałem tego filmu, ale skoro jest z Polski, to na pewno jest antysemicki

„Wielkie, goyowskie malowidło ukazuje kapitalizm niecywilizowany, surowy, będący emanacją zwierzęcej natury człowieka…” – pisał Konrad Eberhardt o „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy. To jeden z takich filmów, który nigdy się nie zestarzeje. Zawdzięcza to przede wszystkim doskonałemu scenariuszowi, bardzo udanej adaptacji powieści Reymonta. Wajda stworzył film monumentalny, realistyczny fresk, buzujący emocjami, z fantastycznymi kreacjami Daniela Olbrychskiego, Wojciecha Pszoniaka, Andrzeja Seweryna, i z niezapomnianymi rolami drugoplanowymi – między innymi Anny Nehrebeckiej, Andrzeja Szalawskiego, Franciszka Pieczki, Marka Walczewskiego, Kaliny Jędrusik, Bożeny Dykiel. Opowieść o Łodzi XIX wieku, owej ziemi obiecanej, która jest centrum przemysłu włókienniczego, to wielkie epickie tło w którym Niemcy, Żydzi i Polacy robią interesy, stało się pretekstem do mówienia o ludzkich losach, o namiętnościach, rządzy władzy, chęci posiadana jak największego bogactwa. „Ziemia obiecana jest jedyną tego rodzaju powieścią w literaturze polskiej i całkowitym w niej wyjątkiem. Jej realizm wspaniale godził się z żywiołem kina, którym jest fotograficzny opis świata. Również dialogi okazały się fonetycznym niemal zapisem mowy ludzi, których obserwował Reymont. Postacie mówią tu własnym językiem, wypowiadają po polsku myśli przetłumaczone z niemieckiego, rosyjskiego lub z jidysz, stwarzając bogactwo językowe nieznane innym polskim powieściom końca XIX wieku” – pisał Andrzej Wajda. Film powstawał w autentycznych wnętrzach fabryk i pałaców pofabrykanckich w Łodzi. Tylko niektóre z dekoracji były budowane. Nieoceniona w tym obrazie jest praca operatorów - Witolda Sobocińskiego, Edwarda Kłosiński, Wacława Dybowskiego – to oni stworzyli miasto jawiące się Lewiatanem. Reżyserowi udało się zaprosić do pracy także innych wybitnych twórców – muzykę skomponował Wojciech Kilar, za scenografię odpowiadał Tadeusz Kosarewicz, kostiumy projektowała Barbara Ptak. Widzowie, recenzenci, wszyscy byli zachwyceni „Ziemią obiecaną”, film dostał wiele nagród. Po otrzymaniu nominacji do Oscara znowu zostały rozbudzone nadzieje, że tym razem, z tak wybitnym filmem musimy wygrać. Wiele wskazywało na to, że Wajda pokona rywali. Do historii przeszła słynna konferencja, to między innymi ona według Wajdy miała zaważyć ostatecznie i przesądzić o szansach „Ziemi obiecanej”. Jeden z dziennikarzy z Izraela wstał i powiedział, że jest przeciwko temu filmowi, uważał go za antysemicki. Kiedy doszło do polemiki i zapytano go czy widział w ogóle film, odpowiedział –„Nie, ale skoro jest z Polski to na pewno jest antysemicki”. W takiej atmosferze stało się jasne, że lepszym, poprawnym politycznie wyborem dla Akademii będzie przyznanie Oscara Kurosawie. Dostał go za film „Dersu Uzala” – opowieść o przyjaźni carskiego oficera Arsienjewa i jego przewodnika, myśliwego Dersu Uzaly. Andrzej Wajda był potem jeszcze trzy razy nominowany w tej kategorii. Ale ani „Panny z Wilka” – przegrały w 1980 roku z „Blaszanym bębenkiem” Volkera Schlöndorffa, ani „Człowiek z żelaza” – pokonał go „Mefisto” Istvána Szabó w 1982 roku, ani „Katyń”, któremu w 2008 roku Oscara odebrał film „Fałszerze” Stefana Ruzowitzkiego nie przekonały Akademii. Filmy Wajdy pozostają Wielkimi przegranymi, bo choć reżyser  został uhonorowany Oscarem za całokształt twórczości, wciąż pozostaje niedosyt, żaden z jego filmów, a były wśród nich co najmniej dwa wybitne obrazy, nie zdobył Oscara.

Oscara nie zdobyły też w 1977 roku „Noce i dnie” Jerzego Antczaka. Epicka opowieść o rodzinie Niechciców, adaptacja powieści Marii Dąbrowskiej – święciła triumfy, film pobił w Polsce rekord kasowy. W Berlinie, w 1976 roku dostał dwie nagrody - światowej krytyki UNICRIT, a także Srebrnego Niedźwiedzia dla Jadwigi Barańskiej, niezapomnianej Barbary Niechcic. Na gali Oscarów pokonał go jednak film z Wybrzeża Kości Słoniowej. Statuetka trafiła do Jeana- Jacquesa Annauda reżysera filmu „Czarne i białe w kolorze”. Ostatnim przegranym w 2012 roku był film „W ciemności” Agnieszki Holland, Oscara odebrał mu świetny irański obraz „Rozstanie”.

W tym roku w kategorii film nieanglojęzyczny walczy „Ida” Pawła Pawlikowskiego.  W niedzielę przekonamy się, czy zła passa dla polskich filmów trwa dalej, czy może wróciła w Stanach Zjednoczonych moda na dobre polskie kino. Trzymajmy kciuki za „Idę”. Oscar teraz albo nigdy!