„Wyszedł z kasyna z ogromną wygraną i postanowił kupić ukochanej kobiecie porsche”

„Duńscy realizatorzy telewizyjni ustawili atrapy fortepianów na brzegu wzburzonego morza. Woda raz po raz zalewała instrumenty i muzyków grających jak gdyby nic wśród sztormowych fal” - pisał Mariusz Urbanek w książce „Kisielewscy”. Marek i Wacek byli jak dwa żywioły. Tomaszewski - spokojny, racjonalny. Kisielewski - choleryk pełen wdzięku. Dla jednego liczyła się tylko muzyka. Drugi równie mocno kochał też pokera i ruletkę. Obaj w PRL-u rzucili zachodni show - biznes na kolana.

Zadzwonił z Baden - Baden. Nazywał ją Mróweczką. Zapytał jaki kolor lubi. Krystyna Mazurówna odpowiedziała – „czerwony”. Właśnie wygrał fortunę i wpadł na pomysł, by kupić ukochanej kobiecie porsche. Było wcześnie rano. Niedziela. Salon samochodowy zamknięty. Musiał poczekać do poniedziałku. Wieczorem wrócił do kasyna. Przegrał wszystko. Wacław Kisielewski nazywany Wackiem lubił powtarzać za Arturem Rubinsteinem: „Grafomanii rozmawiają o sztuce, artyści - o kobietach, jedzeniu i pieniądzach”.

Paryż

8 listopada 1968 roku Marek Tomaszewski, Wacław Kisielewski, Krystyna Mazurówna z synem, wyjeżdżają wszyscy razem do Paryża. Nikt tam na nich nie czeka. Wynajmują małe dwupokojowe mieszkanie. Przywiezione ze sobą dolary „topnieją” w zastraszającym tempie. Propozycji brak. Mijają tygodnie. Kolejne miesiące. Biedują. Głód „zajadają" bagietkami. Bywa, że zbierają pozostawione na ulicach pety. Stefan Kisielewski pisze listy do syna, zamęcza go telefonami, prosi by wracał do Polski. 4 stycznia 1968 roku notuje w swoim Dzienniku, że martwi go jego pociąg do hazardu.

Pisze -„Wacek dzwonił z Baden - Baden. (…) Nadmieniał coś,  »krupierzy kłaniają się nisko«. Jak się zdaje nic im na razie, zwłaszcza w Paryżu, nie idzie, ale mają wielkie nadzieje, na miliony. No, niech się tam chłopcy pobawią - może niedługo zachodniego świata w ogóle nie będzie, tylko jak u Orwella, Eurazja i Oceania. O cholera!”

Zimną następnego roku pojawia się wpis w Dzienniku, który Stefanowi Kisielewskiemu przynosi ulgę -„Wacek pisał, trochę się obraził, że mu wytykałem „gruszki na wierzbie”, więc sypie datami, koncertami: Paryż, Monachium, Majorka, Stuttgart. No dobrze, niech mu będzie - ale jak im się nie powiedzie, to grozi im życie niewolników jak Małcużyńskiemu. I tak źle, i tak nie dobrze”. W planach jest też koncert w RPA. Duet znowu jest „na fali”.

Zarobione pieniądze Kisielewskiemu rozchodzą się szybko. Hazard, to jeden z powodów rozpadu jego związku z Mazurówną. Pomiędzy kolejnymi koncertami gra ostro w kasynach, choruje, pije. W Paryżu, co prawda duet Marek i Wacek może liczyć na koncerty, ale nie zdarza się to często. Pracując na swoją popularność w innych krajach muzycy „żyją od trasy do trasy”. Korzystają z zaproszeń stacji telewizyjnych. Ich koncerty emitują Szwedzi i Duńczycy. Z czasem zaczynają też być bardzo popularni w RFN. Niemiecka publiczność szaleje, po koncercie w Filharmonii Berlińskiej dostają owacje na stojąco. Bisują pięć razy. Są rozchwytywani. „Wacek i Marek koncertują jak szaleni - grają rzeczywiście doskonale, złotówki płyną. Ale cóż – Marek pali się do Paryża, Wacek chce się tu żenić - nie wiem, co to z nimi będzie dalej” – czytam w Dzienniku „Kisiela”.

Wacław Kisielewski dręczony od dawna wyrzutami sumienia - kiedy w grudniu 1970 roku dochodzi do strajku stoczniowców w Gdańsku wyrzuca sobie, że zamiast być tam, żyje sobie spokojnie we Francji - postanawia wrócić. Tęskni za Polską. I za rodziną. Dom Kisielewskich był zawsze niezwykle ciepły, pełen wolności. Stefan Kisielewski zawsze chciał, by dzieci były bystre, a nie grzeczne za wszelką cenę. Cieszył się dużym autorytetem. Słynął z poczucia humoru. Marek Tomaszewski nie wraca z Wackiem. Postanawia zostać we Francji. Zakochany tam układa sobie życie.

Jazz

Wacław Kisielewski talent odziedziczył po ojcu. Chłonął muzykę od najmłodszych lat. Kariera pianisty, to było jego przeznaczenie. W muzycznej podstawówce w Krakowie jest jednym z najlepszych uczniów. Egzaminy z instrumentu zdaje bez najmniejszego trudu. Choć nie ćwiczy regularnie. Był tak dobry, że mógł w przyszłości startować w Konkursie Chopinowskim, brakowało mu jednak wytrwałości. W duszy gra mu jazz. Fascynacja zaczyna się w liceum. Nocne życie w klubach, jam session. Bywa, że czas spędza z Tomaszem Stańko.

Z kolegą Romanem Kowalem czasem grają na cztery ręce między innymi w słynnym wtedy klubie pod Jaszczurami. Kiedy Wacek kończy liceum rodzina Kisielewskich przeprowadza się do Warszawy. Kisielewski zdaje egzaminy do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Jego mentorem jest profesor Zbigniew Drzewiecki. Na roku same dziewczyny i tylko jeszcze jeden chłopak z Gdańska, Marek Tomaszewski. Też potrafi grać jazz. Odkąd Wacek się o tym przekonuje zaczynają długie godziny spędzać w Stodole, chodzą razem do Hybryd. W przerwach między zajęciami grają razem. Jeden Chopina, drugi wplata w pewnym momencie temat z Oczu Czarnych. Niby z przymrużeniem oka, ale technicznie są doskonali. Improwizują. Bawią się muzyką.

Od 1963 roku nieśmiało pojawiają się w radiu, telewizji. Władze uczelni robią wyjątek i zgadzają się, by mogli ćwiczyć w szkole. Pierwsza prawdziwa propozycja przychodzi z Polskiego Radia. Dostają swoją audycję – co tydzień mają dziesięć minut anteny.  Niedługo potem mogą zabłysnąć w telewizji w szalenie popularnym w PRL-u programie – „Irena Dziedzic zaprasza”. Duetów fortepianowych na świecie wtedy prawie nie było. Gdy zaczynali, w Polsce na dwa fortepiany grali Marian Rawicz i Walter Landauer. Na świecie para Amerykanów - Artur Ferrante i Louis Teicher.

Fotografia

Ona w białym futerku. Siedzi pośrodku. Uśmiechnięta. Trzyma ich pod ręce. Marlena Dietrich. Pełna klasy. Piękna, choć nie jest już taka młoda. Marek i Wacek w smokingach. Rok 1966. Grają przed jej występami. Żeby zagrać w czasie tournée Marleny Dietrich po Polsce, przekładają terminy dyplomowych koncertów na uczelni. Po artystycznej przygodzie z divą, płyną „Batorym” do Stanów z największymi polskimi gwiazdami – między innymi z Ewą Demarczyk, Zygmuntem Koniecznym, Anną German, Karin Stanek. Amerykańska Polonia jest zachwycona.

Po powrocie do Polski radość sprawia im depesza z paryskiej Olimpii. Chce z nimi pracować Jacques Brel. Bard żegna się z publicznością. Olimpię szturmują wszyscy, którzy liczą się w artystycznym świecie. Polscy pianiści akompaniują mu kilka tygodni. Wacek poznaje wtedy Krystynę Mazurówną – tancerkę i choreografkę, która w Polsce była na ustach wszystkich. Zostają parą. Matka Kisielewskiego, kiedy się o  tym dowiaduje, wypuszcza z rąk talerze.

Kiedy wracają do Polski pełni nadziei, za gardło łapie ich szara rzeczywistość.  Nikt nie chce wydać ich płyty. Kontrakt podpisują w Paryżu. Od tej pory na płytach pojawia się ich logo - Marek & Wacek pisane przez V. W Polsce święte oburzenie, jak to? Mamy być gorsi? Polska płyta duetu trafia do sklepów pod koniec 1968 roku. Będzie jedyna przez długie lata. Po wydarzeniach marca 1968 roku muzycy wyjeżdżają  na Zachód.

Ojczyzna

Pytany przez dziennikarzy, dlaczego nie został na zachodzie, gdzie mógłby cieszyć się wolnością odpowiadał - „bo to jest moja ojczyzna”. Powrót Wacka nie zmienia jednak nic. Choć Marek Tomaszewski - jak pisze w książce Mariusz Urbanek - słyszy któregoś dnia słowa, które sprawią mu ból - „Mogłem być wielkim pianistą, a co osiągnąłem? Gram w duecie!” - nie obrazi się, nie zerwie współpracy. Ćwiczą osobno. Co jakiś czas jeden odwiedza drugiego, by wszystko dopracować. Grają razem jeszcze przez trzynaście lat. Paradoksalnie rozłąka bardzo im pomaga. Nabierają dystansu. Każdy ma swój świat.

Na zachodzie w sklepach muzycznych ich płyty ustawiane są na oddzielnych półkach. Dają show w wielu europejskich studiach telewizyjnych. „W studiu telewizji fińskiej wybudowano specjalny basen, po którym pływały tratwy z dwoma fortepianami. Muzycy grali odziani w kostiumy kąpielowe z lat dwudziestych. W pewnym momencie Marek wskakiwał do wody, płynął do tratwy Wacka i dalej grali na cztery ręce” - pisze Urbanek.

Kariera w Europie nie przekłada się na sukcesy i popularność w Polsce. Fani duetu ściągają ich płyty z zachodu, bo u nas można kupić tylko jedną z 1968 roku.  Czekają też na ich koncerty. Prawdziwą ucztę dla swoich melomanów Marek i Wacek przygotowują w 1975 roku. Grają wtedy w kilkunastu polskich miastach, aż 150 koncertów. Wcześniej do legendy w Polsce przechodzi tylko jeden koncert. „(…) Zagrali, będąc w dwóch różnych miastach. Marek w studio w Paryżu, Wacek w Katowicach. Na bis zagrali wielki standard orkiestry Glenna Millera Chattanooga Choo Choo. W finale Wacek jak lokomotywa wydmuchał w powietrze kłęby papierosowego dymu” – czytam w książce „Kisielewscy”.

Umowy, terminy koncertów, negocjacje - tym wszystkim przez lata zajmował się Marek Tomaszewski. Kiedy on inwestował zarobione pieniądze w nieruchomości, Kisielewski kupował samochody i grał w kasynach. W Baden - Baden było jego ulubione. Miał tam swój złoty żeton. Legendą owiana jest jedna z jego opowieści. W którymś z kasyn rozbił bank. Zgodnie z rytuałem stół do ruletki został przykryty czarnym suknem.

„Siedząc w Polsce, Wacek tracił potwornie dużo energii na hazard i alkohol. Dolar w kraju był wart dziesięciokrotnie więcej niż we Francji, więc stać go było na wszystko, na co nigdy nie byłoby go stać, gdyby został za granicą” – mówi w książce Marek Tomaszewski. W 1978 duet podpisał kontrakt z Deutsche Grammophon Gesellschaf DGG. W ciągu pięciu lat gwarantował im wydanie siedmiu płyt.

Podczas stanu wojennego koncertują w RFN, Szwajcarii, Austrii. Kisielewski nie chce jechać, ale zobowiązany umowami nie może odmówić. Modli się by stało się coś, co udaremni tę trasę koncertową. Nic takiego się nie zdarzy. Musi jechać. Podczas swoich wielu podróży często korzysta z przychylności celników. Szmugluje dla ojca książki z paryskiej Kultury, zawodzi tam jego teksty. Przywozi też pieniądze dla Solidarności. Nie boi się publicznie mówić o komunistach.

Nowy agent duetu Walter Kahl marzy, by podbić Japonię. Załatwia intratny kontrakt z koncernem Yamaha. Za reklamę Japończycy będą wozić muzykom fortepiany na koncerty, w każde miejsce na świecie. Po kilku latach firma wyśle im specjalnie dla nich zbudowane dwa białe fortepiany. Kiedy Marek i Wacek zaczęli na nich grać obroty Yamahy momentalnie wzrosły. W planach agent ma też tournée po Stanach Zjednoczonych i koncerty w Japonii.

Cyganka

Śmierć miała mu przepowiedzieć Cyganka, którą spotkał na niemieckiej wyspie Sylt. „Wiele razy potem wracał do tej wróżby” – wspomina w książce Urbanka Marek Tomaszewski.  9 lipca 1986 roku Kisielewski wracał do Warszawy ze znajomym. Jadą saabem. Pod Wyszkowem na jednym z zakrętów samochód wypada z drogi. Kisielewskiego siedzącego na miejscu pasażera siła uderzenia wyrzuca z samochodu.

Tomaszewski przyjeżdża do Polski zaraz po tym, jak dostaje wiadomość o wypadku. Dzień później Wacław Kisielewski umiera w szpitalu. Sprawca wypadku przeżył. Wyjechał z Polski i nigdy już nie wrócił do kraju. Miał francuski paszport. Choć został zatrzymany, sąd wypuścił go po wpłaceniu 18 tysięcy dolarów kaucji. Pomogły mu służby. Ktoś naciskał na prokuratora, by sprawie „ukręcić łeb”.

Na pogrzebie dla przyjaciela gra Tomasz Stańko. Mariusz Urbanek w książce przytacza fragment rozmowy przyjaciół Stefana Kisielewskiego - „…po jego śmierci nie wspomniał o nim nigdy ani słowem, jakby ten człowiek nie istniał. To był straszny, głęboki ból. Nie ruszało się tej rany” - tak Janinie Pruszyńskiej opowiadał Władysław Bartoszewski. Autor książki opisuje też spotkanie Marka Tomaszewskiego ze Stefanem Kisielewskim po pogrzebie. W czasie rozmowy Tomaszewski przypomina ojcu Wacka, że jednym zdaniem które wypowiedział przed laty, zniszczył mu życie - „Polak, który nie mieszka w Polsce, nie jest Polakiem”.

Marek Tomaszewski w 2000 roku wrócił do koncertowania. Kilka lat później zaczął nagrywać solowe płyty.

Stefan Kisielewski, „Dzienniki”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2001

Mariusz Urbanek, „Kisielewscy”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2006